czwartek, 8 września 2011

Wzloty i upadki.

I oto dzień trzeci.

Poranek - jak zwykle. Kawa, śniadanie, poranne kupsko (wiem że nie chcieliście tego wiedzieć, chuj mnie to obchodzi ^^), wyjście.
Zapierdalanie do szkoły. W nastroju dość mocno podłym i podupadłym. Powód - matura. Nie, nie moja. Moja mnie nie rusza. Moniki. Mniejsza o szczegóły. Mój humor to było połączenie wkurwienia, zawiedzenia się, rozpaczy (czarnej) i czego tam jeszcze.
Wybitnie mi poprawiła aura humor - piździ jak w Kieleckiem, chmury nisko, ciśnienie też jakieś pojebane - generalnie chujnia.
Wejście do szkoły - znowu te same mordy. Lubię Was, naprawdę mocno Was lubię. Jesteście zajebistą klasą.
To tyle tytułem wazelinki.

Dzień w szkole normalny. Leciutko, 5 lekcji. Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie szanowna pani Chryć. Zwłaszcza tekstami 'że fajnie by było żebyście jakieś programy informacyjne oglądali. Tylko nie tvn24, chyba że w formie porównania, he he'.

Powrót śmieszny. Wracałem z Martynką (tak, znowu o tobie piszę, i co mi niby zrobisz? :D), wstąpiłem do matki, do sklepu. Pogadaliśmy chwilę i git. Wracamy, wracamy, a tu jak nie jebnie deszczem na PKS. Wjebaliśmy się do Bolka pod schody. Miny ludzi - priceless. Zakurwiłem sobie szluga, idziemy. Jeb, znowu mocniej pada. Zmokliśmy że chuj.
Kiedy przestało padać?

Zgadza się bystrzaki, jak już dochodziłem do swojej klatki!

Wbiłem do domu, siadłem, ojebałem obiadek (zajebisty swoją drogą). A tu pizdut! Co się okazuje? Tak, trzeba gdzieś zapierdalać i nie może zapierdalać nikt poza mną. Zapierdalać na pocztę mianowicie. Się kurwa nasiedziałem.

Potem finał sprzeczki z Moniką, obopólne przeprosiny. I jest dobrze. Całe szczęście.
Ona jest moim najsłabszym punktem, bez wątpienia. I dobrze. A zarazem źle, z racji zespołu DDA. No nic, nobody is perfect, kocham Ją tym bardziej. Należy jej się.

Boję się. Nie ciągle, mam napady paniki. Tak, właśnie na tym punkcie. Wiem (chociaż pewności mieć nie mogę) że to irracjonalne, ale i tak raz na jakiś czas kumulacja obaw mnie obala. Ale trzeba to zaakceptować, bo zmienić tego nie idzie.

Reszta dnia - znów zmarnowana. Zmarnowane godziny, minuty, sekundy. Wszystko. Na nędznej wirtualnej rozrywce. Nic konstruktywnego. Znów.

Pustka. Czuję pustkę na polu działania. Już wspominałem, ale brak mi czegoś do roboty. Nie wiem, hobby jakiegoś. Cokolwiek.

Znów dziś napierdalałem w LoL'a jak szalony. Tym razem z Radomyskim. Bywa. Przynajmniej fajnie było.

I to chyba koniec notki. Chaos, słaba, mała. W sumie wymuszona.
Ale jest i plus - mam pierwszych stałych czytelników :)

PS. Zespół na dziś to Arch Enemy. Szczególnie płytki 'Burning Bridges' i 'Rise of the Tyrants'.

PS2. Być może notka To be continued... Może.

1 komentarz: