piątek, 30 września 2011

Bulwers religijno - polityczny.

Notka okazjonalna, bo akurat mam trochę czasu i złapałem bulwersa. No i czytałem trochę już dziś hejtera.eu.

No to zaczynamy.
Pierwej religia, może was zatrzyma na trochę, polityka raczej odgoni. ;)

Kurwa mać. Jestem świeżo po lekturze kolejnego z artykułów 'religijnych' w Uważam Rze. I o ile pismo generalnie trzyma fajny bardzo poziom, to przy religii redaktorzy dostają pierdolca. Z powikłaniami.
Sam artykuł jest spod znaku 'o kurwa, o la boga, jak my, chrześcijanie jesteśmy tępieni!'. Kurwa, tępieni powiadacie? A kto do kurwy nędzy zasłania się art. 196 KK? Przepraszam, może Nergal chciał się wybić na tej spalonej Biblii, może serio tak uważa. ALE NIKT WAS KURWA NIE ZAPRASZAŁ NA KONCERT ZESPOŁU JAWNIE ANTYCHRZEŚCIJAŃSKIEGO!
Ba, nikt kto tam był, nie poczuł się urażony!
Kolejna sprawa. Czym się kurwa różni Biblia od jebanego Harrego Pottera? Przecież w HP też mogę wierzyć, mogę wierzyć że serio jest jakiś Hogwart. I co, jak ktoś podrze HP, to mam go po sądach ciągać? Przecież to kurwa idiotyczne.
I wbijamy dalej szpile w wielkich kurwa katolików. Jak możecie się obrażać o spalenie 'źródła wiary', skoro zdecydowana większość was nawet tej nieszczęsnej Biblii nie czytała? Jak kurwa? PYTAM KURWA JAKIM PRAWEM?
Jak możecie, jebane polaczki, sprzeciwiać się manifestacji religijnej satanistów, skoro wasze krzyże wiszą we wszystkich urzędach?
Jak możecie mówić o znieważeniu swoich uczuć religijnych, skoro sami robicie to na każdym kroku?
Jebani hipokryci.

Ach, no i jeszcze wielkie ajwaj, jacy to chrześcijanie nie są tępieni. Na Krakowskim Przedmieściu, na koncercie w 'Uchu', na salach sądowych, gdzie nie karają 'nieprawomyślnych'. No jak tam można? Ktoś nie uznaje Biblii i pali ją na zamkniętym koncercie! NA STOS SKURWYSYNA.

Banda pierdolonych retardów.

Żeby nie było - mam pełen szacunek do normalnych, zwyczajnych, zdroworozsądkowych chrześcijan. Ba, sam bym chciał być jednym z nich. Ale nie potrafię.

Żeby nie było [2] - nie gloryfikuję tutaj też postawy Nergala. Jego wola, jego wolność. Ale palenie książek dlatego, że nie uznajemy że są prawdziwe, jest okropnie dziecinne.

No i tak to przechodzimy do tematów politycznych. Czy raczej okołopolitycznych. Wiem, że nie lubicie polityki, ale to będzie naprawdę znośne. Nie zanudzicie się, mam nadzieję.

Polityka - w sumie fajna rzecz, jak faceci w garniturach rządzą państwem. Fajnie widzieć jak pracują nad ustawami. Ustawami, które są naprawdę dobrze skonstruowane. Jak przedstawiają różne koncepcje państwa, gospodarki.

Tyle w sferze marzeń i 'tego, jak powinno być'. Przejdźmy teraz do tego, jak jest.

A jest niewesoło. Chyba że ktoś lubi czarny humor zaprawiony solidną ilością groteski i debilizmu.

No i znowu, jak w przypadku religii państwa naszego - infantylizm. Zdziecinnienie aż się wylewa. Krótki pokaz programów partii według Jakuba.

PO - Cześć. Wy jesteście młodymi, wykształconymi EUROPEJCZYKAMI! Głosujcie na nas, bo inaczej Ciemnogród i Zacofanie (aka. PiS) zawładnie Polską i nie będą nas na zachodzie lubić już. Głosujcie, bo jak CiZ zdobędzie władzę, to będziemy mieli TERROR i INKWIZYCJĘ, nie zapominając o PAŃSTWIE KOŚCIELNYM i rozpamiętywaniu MARTYROLOGII i TRAGICZNEJ PRZESZŁOŚCI! DOŚĆ TEGO! PATRZMY W PRZYSZŁOŚĆ! Wiemy że nic nie zrobiliśmy przez 4 lata rządów, ALE TO WSZYSTKO PRZEZ TEGO STRASZNEGO KACZORA! NIE DAJCIE MU DOJŚĆ DO WŁADZY! No i jak teraz nas wybierzecie, to z całą pewnością przez kolejne 4 lata będziemy mogli zrobić cuda na kiju. Będzie zajebiście, celebryci nie mogą się mylić!

PiS - olaboga, zły Tusk atakuje kiboli! Idźmy wszyscy na pielgrzymkę jasnogórską, żeby tylko nic się kibolom nie stało, a zły Tusk przegrał wybory! Dawniej też - MY WCALE NIE GRAMY SMOLEŃSKIEM, ALE ZAPŁACICIE ZA TO, ŻYDOMASOŃSKIE KURWY! No i te fotografie Prezesa z Martą i dzieciakiem w Fakcie to przecież czysty spontan, nic nie ustawialiśmy. No i mamy fajne (całkiem), młode (całkiem) dupy na plakatach. MŁODOŚĆ, NIE? HE HE HE.

PSL - wybierzcie nas, bo jesteśmy w stanie się skurwić tak, żeby wejść w koalicję z każdym. Fajnie, nie? Stabilne rządy, te sprawy. A w sumie to chuj z rządami, dajcie nam tylko stołki. Fajne są, już sobie wygrzaliśmy. A w zamian - będziemy się ruchać z kim chcecie. No i czaicie, jesteśmy swoje CHŁOPY, hehe.

SLD - wybierz nas, bo udajemy że jesteśmy lewicowi. Patrz jak lewica z nas spływa wręcz - CHCEMY RENEGOCJOWANIA ALBO NAWET ZERWANIA KONKORDATU! Tylko ci opresyjni katole nas prześladują. Tak samo jak homosiów. Pardon, osoby o homoseksualnych zainteresowaniach, political corectness. No i wyjaśnimy morderstwo Blidy! Nasza ci ona była. No i dołączymy się do UE i będzie fajnie. I nie słuchajcie głupot tych wrażych katoli, że niby jesteśmy postkomuchami w nowym opakowaniu. Mi, Pięknemu Grzesiowi, nie wierzycie?

KNP i Ruch Palikota - tutaj się nie będę odnosił, bo cenie partie obydwie (mimo że jedna jest ultra prawa, a druga lewa), za ideowość. Bo mi się tęskni do wyboru.

Także - mamy wybór między gównem i gównem. Ale idźmy na wybory. Oddaj głos nieważny jak nie masz na kogo głosować, ale idź na wybory.

No i jeszcze krótki opis dni. Wczoraj 1 raz w tygodniu byłem w budzie, dziś mam wolne. Fajnie, c'nie?
Wczoraj mój starszy był ostatni dzień w starej robocie. Przyszedł dość mocno wzruszony do domu, jak się okazało, dostał spory i zajebisty zestaw narzędzi na odchodne. Piękna rzecz, nawet gdyby to były jebane cukierki, to liczy się pamięć. Bardzo miła sprawa. A reszta - nic się nie działo. Wszystko jest zajebiście. Szczęśliwym.

To jeszcze pozdrowienia. Pozdrawiam wszystkich myślących, którzy to czytają. I tych wytrwałych, którzy przebrnęli przez tą notkę.

PS. Muzyka. Muzyka jeszcze. Amon Amarth nadal. A z rzeczy innych - to.


Howgh.

wtorek, 27 września 2011

Po przerwie.

Ho ho ho!

To już tydzień bez notki. Nie, nie znudziło mi się. Nie miałem przez ten tydzień głowy do pisania, chęci też, nastroju i czasu. Ale, jako że jestem chory i mam wuchtę czasu, już naprawiam.

Tak więc zakończyłem na zeszłym poniedziałku chyba. W zeszły poniedziałek nic się nie działo, we wtorek też nic, więc nie miałem o czym pisać. A w środę nie miałem ochoty najmniejszej. I głowy.
Pytacie czemu.

Otóż, w związku tak bywa, że czasem się dwie osoby żrą. I nie ma w tym nic zdrożnego. Tym nie mniej, atmosfera była niemiła. Dość mocno. Aż do wieczornego przesilenia i późniejszego uspokojenia.

Ale kpem jest, kto myśli że to był koniec. Nie. W czwartek, jakoś po szkole, starcie numer dwa. Szczęściem - mniej intensywne niż to środowe. I tutaj zonk, nerwy puściły tylko mi. A przynajmniej głównie mi. Zazwyczaj (z racji charakterności) puszczają Monice, zazwyczaj z mojej winy, acz niezamierzonej. Tym razem sytuacja odwrotna. Diametralnie inna. A potem normalnie, przeprosiliśmy się, ukochaliśmy telefonicznie. Iście powietrze po burzy. Niczym dorośli, odpowiedzialni ludzie. Śmieszne, bo oboje jesteśmy na dobrą sprawę gówniarzami, którzy o życiu nie wiedzą nic. Tak jak i wy. Ot, zabawne.

No właśnie. Skoro Pornol się przyznawał do różnych ciekawostek, to i na mnie czas.

Bo widzicie, z tą moją dorosłością jest dziwnie. Jestem infantylny aż do bólu w zachowaniu, w towarzystwie jestem cholernie dziecinny. I generalnie w kontaktach międzyludzkich.
Ot, chociażby wszelakie wizyty urzędowe napawają mnie przerażeniem nieomal. A przynajmniej mnie odrzucają. Zdecydowanie ich nie lubię.
A zarazem mam dystans, który (chyba) cechuje raczej dorosłych. Jestem całkiem odpowiedzialny. A przynajmniej czuję się odpowiedzialny. Mam swoje zdanie i potrafię go bronić.

Ot, zagwozdka.

Więcej ciekawostek, powiadacie?

CHUJA.

Więcej będzie w kolejnych notkach, może. Jak będzie mnie satysfakcjonowała 'wyświetlalność' (hehehehe, zapierdalać! :D).

Powracając do biegu tygodnia.

Po piątku, jak możemy się dowiedzieć stąd, następuje sobota. A w soboty jest ...






FUN FUN FUN FUN

Czyli łosiemnastka u Olki. Opis będzie nietypowy - po kilka zdań dotyczących kilku osób.

Monika - przybyła, zobaczyła, legła zwyciężona. Czyli dlaczego chlanie cytrynówki, fajki i napierdalanie po angielsku (GRRRRRR) to złe połączenie prowadzące do przespania pasowania. A potem do bycia obiektem żartów. 'Czy to Monika na pasowaniu? NOPE, CHUCK TESTA.'

Artur - przybył, zobaczył, nie zarzygał się. Czyli - wycie 'A my nie chcemy', napierdalanie o LoL'u, ogórki, dyskusje historyczne.

Pornol - przybył, zobaczył, nadal ciągnął dyskusję. Czyli - djarumy, chlanie, never ending discussion, 'PORNOL KURWA PODSUŃ DUPĘ!', takoż 'PORNOL KURWA DEBILU TU JEST KOŁDRA, NIE PIERDOL ŻE NIE MA, PRZECIEŻ JĄ W RĘKU TRZYMAM KURWA!'.

Olka - była już na miejscu, zobaczyła, załamała ręce nad marmurem. Czyli - driny, organizacja, sprzątanie, 'Ale ja wcale nie mam muzyki!', 'O kurwa, co jest z tym marmurem?!'.

Dalej mi się nie chce. Może później, może kiedyś.

Ach, no i jeszcze ja. Będzie krótko. 'KURWA IDEALNY STAN!'


A potem była niedziela. I poranek był typowym porankiem po imprezie. A potem poszliśmy do Moniki. I było cudownie.

Do pewnego momentu. Jak mnie gorączka nagle nie pierdolnie. O Chryste panie. O wszyscy święci. O kurwa. I potem huśtawka temperatury aż do powrotu do domu. Czyli z niedzieli pamiętam niewiele, bo sporo przespałem. A czas, którego nie przespałem, upłynął mi na stresie ogromnym.

Pod tytułem strasznym. Kurwa, czemu Ty, Kochanie, jeszcze nie krwawisz?! Szlugów poszło wuchta, mimo że opcji na 'sensowne' obawy nie było. Ale, 'ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Ciebie stracił...'. Czyli generalnie - jak nie byłeś/byłaś w takiej sytuacji, to niewiele wiesz o stresie. No chyba że jednak wiesz, wszak to nie koniec świata. Tym niemniej - ręce latają, wreszcie test, jedna kreska, dzięki, losie. I za raptem ze 2 h krwawienie. Lulz. Ot, los - jajcarz.

A potem był poniedziałek. I byłem bardzo chory. I tyle. I dziś jest dziś.

I to by było na tyle.

PS: Astronomy oraz Last rites/Loved to death. Tekst Megadeth'u - iście przerażający. Brrr.
PS2: Trzymcie się ciepło. Kożuszki wyciągnąć, trepy, kalesonki, bo syfu lata w powietrzu tyle, że łatwo zachorzeć.

HOWGH.

poniedziałek, 19 września 2011

Owczy pęd, Czy cośtam.

Dzieńdoberek.

W sumie to mi się średnio chciało tą notkę machać, no ale. Artur dzisiaj ma swoją wrzucić, Adam też, Monika pewnie też wrzuci (chyba żeby nie), a ja nie chcę być gorszy. No bo kurwa, się ma bloga, to go prowadzić trzeba.

Ostatnia notka zakończyła się tak o sobie, więc dzisiaj się muszę postarać. Ta będzie zajebista, musi być. Bo zwątpię w siebie normalnie, c'nie?

Ponadto mam całkiem niezły humor i całkiem lekko mi się zaczęło pisać (tfu tfu), więc może serio spłodzę dziś notkę życia.

Tak więc.

Niedziela.

Wstałem sobie rano, całkiem nieźle się czując. Zajebista poprawa patrząc na to jak się czułem w sobotę. Później klasyka - kawa, szlug, komp - LoL. Btw, chyba mój kolejny nałóg. Po Monice, szlugach, kompie jako takim, i kawie. Nie za dużo tego?

Kurwa, dobrze że mi się notka zapisała, zgasiłem przypadkiem kartę z blogiem. Ot kurwa, celność na kursorze.

Lećmy dalej. Po 2 bodaj partyjkach w LoL'a (w tym jedna życióweczka) pojechałem do Siedlec. Na stopa. I spoko, jechałem sobie znów w jakiś strażakiem. Bardzo przyjemnie mi się gadało, o muzyce, o polityce, o rzeczywistości, ludziach - kurwach, prawicy i lewicy, o państwie opiekuńczym i państwie - nocnym stróżu. To w takich właśnie momentach człowiek uczy się obrony swojego zdania i formułowania go w taki sposób, żeby nikogo nie urazić, wszak ów ktoś może cie wyjebać z samochodu w środku wypizdowa.

A potem już byłem u Kochania. I było fajnie, wreszcie wyczekiwana wizyta, niby tylko 1 dzień przerwy, ale go być nie powinno. Tak więc przez jeden jebany dzień zdążyłem się naprawdę solidnie stęsknić. I było wspaniale, spokojnie. Był jednak w międzyczasie jeden incydent - Ukochana nagle ogarnęła się że matka zaraz może wrócić, więc rychło (bardzo rychło) się ubieraliśmy. Śmiesznie w sumie. A potem wziąłem laptopa a Ona książki od biologii. I byliśmy blisko a jednak daleko. Dislike. Co gorsze - częściowo z mojej winy. Źle mi z tym.

A potem wyszedłem na autobus. I jak mnie nie jebnie gorączka, to myślałem że do Łosic nie dojadę. Serio, strasznie się zacząłem czuć. A jak wróciłem do domu, to dopiero było. Srogie że chuj. A potem jeszcze siadłem sobie na kompie. A potem - klasyczny zestaw chorobowy. Przepis poniżej. Jakby ktoś zaczynał być chory to polecam.

Zestaw uderzeniowy Jakuba:

1 x Polopiryna S
3 - 5 x Rutinoscorbin
1 - pierdyliard x Herbata z Sokiem Malinowym
1 x Termofor
1 x Wcześniejsze Położenie Się Spać
1 x Skarpety na Noc
1 x Koc na Kołdrę

Et Voila!


Ale serio serio - wybitnie działa, zazwyczaj 2 dnia nie ma śladu po infekcji.

No i płynnie przeszliśmy do dnia dzisiejszego. Poszedłem sobie na 9 do szkoły. A właściwie - miałem pójść. Poszedłem na 9.35. Po drodze kupiłem sobie świeże 'Uważam Rze' (polecam, swoją drogą), Tymbarka i wodę utlenioną do przemywania kolczyka. A potem szkoła. A w szkole - MEGA UBER WKURW! Ale taki że oesu. No bo kurwa, ogarnijcie. Nikt, prócz jednej 'osoby' (bo nie wiem jaki kryterium człowieczeństwa wybrać), nie zdaje jebanego germańskiego. ALE NIE KURWA, BO KTOŚ MUSI POKAZAĆ ŻE COŚ TU KURWA MEGA WAŻNEGO ZNACZY. TYLKO CZEMU KURWA NA MNIE?

Powiedzcie mi kurwa, po jaki chuj mi pierdolony niemiecki, skoro go nie zdaję na maturze? KURWA?
WTF 1 LO SRSLY?!


No i się zamknąłem w 10 szlugach dziś. Wreszcie.


Ach, byłbym zapomniał. Co do szkoły. Kurwa, czy wy tam w Siedlcach macie serio tak dużo szczurów, czy się tak nie kryją po prostu? Chryste, jak można być takim złamanym chujem, żeby wymagać od kogoś przeprosin za dochodzenie prawdy? Niezależnie czy jest ona dla nich szkodliwa czy korzystna. Honor, głupcze. Ja rozumiem, rycerskość to przeżytek, szarże z szabelkami to groteskowa przeszłość (chociaż ja bym wolał taką groteskę niż groteskę obowiązującą dziś), ale DO CHUJA PANA, JAKIEŚ JEBANE GRANICE SĄ CHYBA. Jak można, jak kurwa można tak się skurwić i zeszmacić, a potem jeszcze wymagać tego od innych. No proszę. Kurwa, Que vadis, Polonia? I takoż - O tempora, o mores. Cytując Korwina - TFU!

Filmik proponuje obejrzeć każdemu, niezależnie od poglądów politycznych. Dość ładnie podkreśla mój stosunek do dzisiejszych szczurków. Co to im zależy tylko na żarciu. Tfu.

I takim to, niezbyt optymistycznym akcentem, kończę notkę dzisiejszą.

PS: Zespolik na dziś to KoniecŚwiata. Może i ska, może i chujowe ska, może rock dla nieletnich, zbuntowanych pseudo - artystek, ale ja to lubię mocno. Nawet bardzo. Polecam. Albo to.



Howgh.

sobota, 17 września 2011

Wkurw & Wkurw Inc.

Witajże dziatwo.

Czemu nadal piszę tego bloga?
Czemu właśnie klepię notkę, mimo że mi się nie chce? Przypomina mi się pewna kniżka. Mianowicie 'Prawda' sir Pratchetta. Kto nie czytał - polecam. Kto czytał - gratuluję dobrego gustu.
Owa 'Prawda' opowiada o zmaganiu się młodego arystokraty, pana de Worde z tajemniczym zabójstwem w Ankh - Morpork. I ów panicz czuje potrzebę, przymus, 'karmienia' prasy słowami. Porównuje prasę (drukującą pierwszą na świecie dysku azetę) do niemowlaka, który dopomina się co jakiś czas jedzenia. Częstokroć bardzo dobitnie się dopominającego niemowlaka. Czyżby tak samo było z tym blogiem?

Kurczaczki, cholernie dużo pytań zadaję na łamach tego oto internetu. Pytań bez odpowiedzi najczęściej. Dlaczego?

O, widzicie? Znowu zapytałem. Lulz.

No ale.


jakieś 85 minut później

Właśnie wróciłem do notki po 85 minutach przerwy. Przerwa spowodowana pewną kłótnią. Potem było jeszcze wyjście do sklepu. Leżenie odłogiem przed telewizornią. Okurwienie pizzy. Wyszorowanie psa. Generalnie ciężkie półtorej godziny.

O czym to ja.

No tak, nie opisałem dnia dzisiejszego i znaczenia tytułu. A więc tak. Dziś nie widziałem się z Moniką. Spoko, ot, jeden dzień bez niej. NIE KURWA. To jest pierdolona jedna trzecia, czy nawet 40 % czasu spędzonego z nią w całym pierdolonym tygodniu. I dlaczego to wszystko? Otóż dlatego, że nie ma kto pierdolonych jabłek w sadzie zbierać. Eh.

Tak więc - wstałem (czy raczej zostałem brutalnie ściągnięty z wyra) o godzinie 7. Czaicie, 7 rano. W jebaną sobotę. A potem coraz lepiej. Matka wkurwiona, ja wkurwiony, zaczęliśmy się nieco ścierać słownie. Olałem, odpuściłem. Jednak potrafię, jak widać. Potem pierdolone zbieranie. I jebane komary. I nagle zaczęła mnie głowa boleć. I oczu nie mogłem 'wywrócić', bo mnie kurewsko mocno bolały. I kolczyk zaczął się mazać ropą (po zmianie na stal chirurgiczną z miedzi czy innego miedzianego gówna, wtf?) i boleć. A potem się okazało że już za chuj nie zdążę do Siedlec pojechać. I złapałem ultimaterage'a. I zacząłem opierdalać wszystkich wokoło, ciskać się, kląć, i jeszcze raz opierdalać. Żałujcie że nie widzieliście, to było piękne. A potem dostałem gorączki i zacząłem się coraz gorzej czuć. A teraz siedzę z lekką (jakieś 37-38 stopni) gorączką. Kurwa.

Więc tak to wyglądał mój dzień.

I więcej pisać mi się nie chce.

Nie, jednak mi się chce. Odniosę się do notki Pornola.

Otóż - i tak i nie. Można, a nawet trzeba tęsknić za atmosferą tamtych czasów. Z punktu widzenia całego społeczeństwa, rasy czy gatunku. Gdy zjeżdżamy do poziomu jednostki - robi się zdecydowanie trudniej. Dokończę to kiedy indziej. Mój komp chyba wział mnie za wzór do naśladowania i chyba muszę go właśnie szybko leczyć. Kurwa. -.-"

PS: Zespolik na dziś - Arch Enemy - płytka 'Black Earth'.

PS2: Nie widziałem chujowszej notki niż ta powyżej. Trudno się mówi, czasem i tak bywa.

Howgh.

piątek, 16 września 2011

Nudy, nudy i Siedlce.

HeYyYyCiaIiIaAaAA Mi$$iAcZzZkIiiiI :*:*:*:*:*


Dobra, jak już tu 10 minut jesteście i rozszyfrowaliście napis na górze, to możecie zostać i przeczytać resztę.

Od czego by tu zacząć. Może od pierdół.

Tak więc - mam krew w ustach. Lubię smak krwi, myślicie że to coś złego? I, co najlepsze, nie wiem jak zraniłem sobie wargę. Pizd - leci krew. wat.

To teraz rzeczy ważne. Bardzo ważne.

Czuję okropny niedosyt. Okropnie wielki niedosyt. Za mało Siedlec dziś, za mało przytulania się do Moniki, za dużo dyskutowania z Nią i jej rodzicielką. A jutro też nie mam za bardzo na co liczyć - pierdolone kurwa jabłka w jebanym sadzie ciotki same się nie zerwą, rodzinny Mudzin musi zapierdalać. Zajebiście. Z 3 dni w Siedlcach wychodzi 1.5. Ale nic to, się kiedyś tam nadrobi. Szkoda, że z racji zapierdalania Moniki do matury, nie mogę liczyć na bycie przyjętym w tygodniu. Smuteczek.

Wczoraj notki nie było, albowiem, jak u Zarzygańca, nic się nie działo. Jeszcze bardziej nic niż zwykle. Jedyne co pamiętam, to właśnie partyjka w LoL'a.

O właśnie. Moja matka okropnie się śmieje z Zarzygańca jak z nim siedzę na TS'ie, na głośnikach miast słuchawkach. A mnie to okropnie bawi, więc najczęściej gram na głośnikach właśnie.

Co do głośników i słuchawek - i to i to mi siada. Chujowo. Co można jeszcze o nich powiedzieć? To że leci z nich zajebista muzyka. Albo nawet jeszcze zajebistsza.

Wracając do tematu mnie - szczęśliwym. Okropnie mocno szczęśliwym. I znowu - dzięki wszystkim, którzy się do tego przyczynili.

A zarazem nijak mi. Poza okazywaniem miłości jestem dziś wyprany z uczuć. A, no i poleciały mi 2 łzy. Przy tym. Nie dość że piękny kawałek, nie dość, że z masakrycznym tekstem, to jeszcze ta dedykacja na początku. Piorunujące.

To śmieszne. Z jednej strony jestem całkowicie zdolny do śmiania się z martwych płodów, z WTC, z Żydów, z Holocaustu, z mordów Breivika, a z drugiej jestem w stanie przy zwykłej (chociaż, czy ona taka zwykła jest?) muzyce rozczulić się do łez, potrafię z ogromnym uczuciem nucić sobie 40-1 Sabatonu, czując się kompletnym patriotą i spadkobiercą bohaterów z Westerplatte, spod Bzury, z Wizny, znad Anglii, z tysiąca innych miejsc. Potrafię cenić Wehrmacht, Hitlera, Rommla, Goeringa, a zarazem wielbić poległych Polaków, żałować Żydów, żałować Powstańców.

Ach, co do Wehrmachtu. Polecam obejrzeć teledysk. GhostDog robi bodaj najlepsze amatorskie teledyski ever. Chociaż, nie wiem czy można je nazwać jeszcze 'amatorskimi'.

Sabaton - Wehrmacht

Pulled into war to serve a vision that's supposed to last a thousand years
Part of a machine unstoppable, as merciless as tidal waves

Were they the victims of the time, or proud parts of larger goals?
Propaganda of the reich masterful machine

Time and again the battle rages on beyond the gates of misery
As casualties rise and millions die around them did they see it all?

Crazy madmen on a leash, or young men who lost their way?
Grand illusions of the reich may seem real at times

Panzers on a line form the wehrmacht's spine
Lethal grand design
What about the men executing orders?

Ad victoriam
Ex machina
Non sibi sed patriae

Pulled into war to serve a vision that just didn't last a thousand years
Part of a machine, though stoppable as merciless as tidal waves







Nie było chyba bardziej szlachetnego okresu, a zarazem bardziej tragicznego, niż II Wojna Światowa. Czas, gdy spotykało się męstwo i tchórzostwo, patriotyzm i karabin wroga. Gdy spotykał się obowiązek i chęć życia. Gdzie trzeba było wybrać pomiędzy śmiercią a hańbą. Piękny czas uszlachetniający dusze szlachetne, a znikczemniający dusze nikczemne. Czas nadstawiania karku za innych i czas sprzedawania innych. Czas, gdy granica między dobrem i złem była zamglona, niewidoczna. Piękny czas, piękny, wojenny ogień, wypalający plewy.

Ach, było - nie wróci. Teraz możemy tylko obrastać w gnuśność i dawać sobą kierować, jak jebane świnie idące na rzeź.


No i tym historyczno - refleksyjnym akcentem kończę notkę ową.

PS. Zespół na dziś - Metallica. Odpalcie sobie cokolwiek. To wszystko jest genialne.



Howgh.

środa, 14 września 2011

Wypompowanie.

Witajcie znów.

Mam postępującą prokrastynację. Nic, ale to kompletnie nic mi się nie chce. To dzięki szkole. Jebany gmach z energetycznym wampiryzmem.
Wychodzę do szkoły i jakieśtam siły mam. Niewielkie, bo jest rano, ale są jakieś.

Wychodzę do domu - energetyczny flak ze mnie. Taki kompletny.

A dzisiaj chyba dostałem uderzenie krytyczne. Nic mi się nie chce. KOMPLETNIE. CAŁKOWICIE. BEZ JEBANEGO WYJĄTKU. Nawet w LoL'a mi się nie chce pocinać. Wstawiłem sobie godzinę temu wodę na kawę. I co? I nawet mi się nie chciało ruszyć dupy, żeby ją zgasić, grałem z matką w wojnę na cierpliwość. Wygrałem. Poszła i wyłączyła. A ja nawet nie potrafiłem ruszyć dupska sprzed komputera, żeby tą kawę sobie zrobić. Kurwa. To silniejsze ode mnie.

No właśnie. Szkoła. Schodzi mi więcej szlugów. Nie chcę tego. Chyba trzeba się ograniczyć do co 2 przerwy.

3 minuty później

No dobra, przynajmniej teraz zrobiłem sobie herbatę. Nadludzkim wysiłkiem się do tego zmusiłem, ale jest.

Ach, nie opisałem dnia wczorajszego. Już naprawiam.

Tak więc. Szkoły nie będę opisywał, działo się to co zwykle. To samo co dzisiaj, jutro, tydzień temu, 4 miesiące temu, rok temu. Nużące. Nawet bardzo.
Po szkole poszedłem grzecznie do domu. Pyknąłem partyjkę w LoL'a. (kurwa, zawsze to robię, na chuj to opisuję?)
No i tutaj jaja jak berety. Nagle się okazuje (jako że miałem jechać do Siedlec), iż instruktor panny Moniki się pojebał. A i ona sama się pojebała. To jest - niepotrzebnie tak długo czekałem. Czyli uciekło ładne paredziesiąt minut z wspólnego (i tak krótkiego) spotkania. A i sytuacja na stopie mnie nie rozweseliła. Ładne 30 minut łapałem. No, może 20 +. Zabrał mnie Zajcev, jechał z Pasiakiem do Siedlec. Spoko, tylko uciekło mi kolejne 10 minut spotkania. Pojechaliśmy pierwej na plac. Ale potem zaoszczędziłem troszkę czasu, podrzucili mnie na samego Dreszera.

A potem sceny dantejskie. No dobra, przesadzam. Otóż, Monika kłóciła się z matką. Może to ja jestem przewrażliwiony, ale dla mnie było zdecydowanie za ostro. Może to dlatego, że chyba nigdy się porządnie ze starszymi nie kłóciłem. Dunno.
Tym nie mniej (czy jak to się pisze), zareagowałem. Bo nie mogłem nie zareagować. Bo, trzeba wam wiedzieć, Kochanie moje jest dość impulsywne. Jak jest spokojnie to jest spokojnie, ale jak się wścieknie - klękajcie narody. Potem natomiast wybuch miłości, uczuciowości i czego tam jeszcze. :3

A potem odjazd. Nie chcę stamtąd odjeżdżać. Nigdy. No chyba że się za starymi stęsknię, ale wtedy nie chce wracać sam. Ja wiem, że jeszcze przyjdzie czas, że jeszcze nie pora. Ale co z tego, że wiem? NIC. Nadal chce tego. Jak mały dzieciak. No cóż, gdzieś tam, w środku, pewnie siedzi mały Kubuś i tak sobie właśnie kmini. Nie, nie później, ja chcę teraz! TERAZ! TERAZ! No niestety, Kubusiu, to Jakub ma władzę decyzyjną. Ale spokojnie, kiedyś i Ty swoje dostaniesz.

Przed wyjazdem bezpośrednio pożarłem się jeszcze nieco z matką. Nie dziwie się jej, rozumiem że była zaskoczona i zdziwiona, i może nawet wkurwiona trochę. Ale ja muszę. Zrozum, Mamo. MUSZĘ.

Tak właśnie jej powiedziałem. Że muszę. Bo musiałem. I chciałem. A z Moniką nie może równać się nic i nic równać się nie będzie. Nic nie będzie od niej ważniejsze.

Co dziwniejsze - nie było żadnego pierdolenia jak wróciłem. Nic. Śmiesznie. Ach. No właśnie.

Moja matka także jest dość impulsywna. Przypadek czy podświadomy wybór?
Nieważne. Ważne że jestem szczęśliwy. I ważne że Ona (Monika, nie matka) jest szczęśliwa.

Dzisiejszy poranek był przejebany. Prawie równie mocno jak wczorajszy wieczór. Wczoraj dostałem ataku alergii przy kąpieli. Zapchane zatoki, swędzące spojówki, kilkunastokrotne kichnięcie, łzawienie. Nieciekawie, podsumowując.
A dziś - spuchnięte oko. Milusio.

A teraz siedzę w bluzie, za oknem piździ, dopijam herbatę i słucham Świetlików, płytki 'Cacy Cacy Fleischmaschine' (genialna, polecam). I jest tak jakoś eterycznie. Jakby wszystko się zatrzymało. Jakbym był ja i blog. I nic poza nami w całym wszechświecie. Śmieszne uczucie.

PS. Zespół na dziś - Świetliki. Polecane kawałki - 'Peralolo', 'Magnetyzm'. I w szczególności - 'Chmurka'.



Świetliki
'Chmurka'

chmurko, jesteś różowa
przypominam sobie
twarze współuczniów
współwiezniów
współżołnierzy
wszystkie były tępe i wyrażały tylko jedno.
moja twarz była w tym wszystkim najstraszniejsza
bo moja.

chmurko, niebieskie niebo
chmurko, niebieskie niebo




Howgh.

poniedziałek, 12 września 2011

Biedro, głód i Amon Amarth.

I kolejna doba w pizdu.

Ten blog mi uświadamia upływ czasu. W sumie, lepiej tak, niż się budzić wiecznie z ręką w nocniku.

Pytanie/prośba do dziewcząt, które to czytają. Napiszcie, jak to jest z dietami, z waszym odchudzaniem się, z waszą akceptacją (bądź jej brakiem) własnego ciała. Proszę, bo dostaje pierdolca. Mam nadzieję że niepotrzebnie. Wklepcie to w komciu albo poślijcie PM. Dzięki z góry.

A teraz do rzeczy.

Poranek minął jak zawsze. Szkoła też.

Potem powrót do domu, marnowanie życia w LoL'u. Kurwa. Kolejny dzień. :<

A teraz was rozkurwię. ODROBIŁEM PRACĘ DOMOWĄ Z MATEMATYKI.

WTF JAKUB SRSLY?!



Kurwa, nie mogę się skupić. Boję się. Nie, nie o siebie, tego bym się nie bał. O Nią. Może i to irracjonalne, nie mnie oceniać. Ale boje się. Wiem, wiem przecież że to normalne, że ludzie się boją o swoich partnerów, z mniej lub bardziej sensownych i racjonalnych powodów. Ale to nie powód żeby nie czuć tego strachu.


Chuj, przerwa na szluga.


Po szlugu.

Nie, nie pomógł. Pogorszył wręcz sprawę.

Przemijanie. Wszyscyśmy gównem, panowie i panie. I nie ma żadnego 'Non omnis moriar...'. Jest tylko 'Vanitas vanitatum et omnia vanitas.'. Nic po nas nie zostanie.

Gdyby napisać mój dotychczasowy życiorys, bez słodzenia, co by to było? Nic, gówno. Kompletny szajs. Ani jednej ciekawej linijki, ani jednego interesującego zdania.

Kurwa. Ja naprawdę chciałbym w coś wierzyć. Poczucie bezsensu życia jest straszne. Jedyny 'sens' jest w korzystaniu z życia.

I tak, jestem szczęśliwy. I naprawdę to doceniam. Czemu tylko czuje bezsens, gdy jestem sam, gdy Moniki nie ma obok?

Kocham i jestem kochany. Dziękuję. Dziękuję wszystkim, którzy się do tego (świadomie czy nie) przyczynili. Nawet jeśli zrobili to szkodząc mi. Czy próbując szkodzić.


Ah, cóż za emosowata notka mi idzie, aż w odbyt gniecie.


No i się zaciąłem, i nie idzie notka dalej. Smuteczek.

Wstawie więc tekst, który mi właśnie leci na słuchawkach, który mnie inspiruje i który opisuje jakoś społeczeństwo dzisiejsze. I jest kurewsko klimatyczny.

Turbo.
Turbo - Upiór w operze.

Jaki świat stworzyć chcesz aby zamknąć mnie w nim?
Ile ról sprzedasz mi żebym mógł sycić Cię?
Patrzysz tu,
Czyżbyś znów na widowni chciał siąść!?
Stado hien skrada się,
Oto zaczął się sen!

Pierwsza z kilku scen:
Ktoś nauczył Cię jak zabijać by żyć.
Nowy ruch, więc kto się odważy
Zdjąć maskę z twarzą jak głaz.

Wszędzie wokół strach,
Zbrodniarz wkłada płaszcz,
Znika cicho jak cień.
Został tylko chór małych dzieci,
Dwór opustoszał więc graj!

Graj więc rolę życia,
Rolę życia graj. (x2)

Jesteś - nie ma Cię,
Znikasz - zjawiasz się...
Czyżbyś też cieniem był?!
W mrocznym blasku świec znikasz
Kryjąc się za kurtyną swych łez.

Graj więc rolę życia,
Rolę życia graj.

Rolę życia graj.

Teraz masz swój czas,
Ten ostatni raz
Możesz zagrać jak chcesz.
Nie ma żadnych ram!
Potem będziesz sam,
Potem będziesz znów sam.

Graj więc rolę życia,
Rolę życia graj.


Obsesje. Gdy widzę te wszystkie nastolatki które koniecznie muszą się odchudzić, bo ważą 'za dużo', mimo, że kości im z dupy wystają, to mam ogromną ochotę znęcać się nad ludźmi którzy do tego doprowadzili. Nad jebanymi kreatorami mody, pierdolonymi bossami mediów, którzy wtykają 'ideał' piękna. Chciałbym im wydłubać pierdolone oczy, uciąć jebane ręce, głodzić przez długie miesiące, potem spaść. Znęcać się. Argh. Starczy tego. Szmaty bogacące się bez względu na innych. Małe, nędzne szczury, wszy, robaki.






Wracając do dnia dzisiejszego.

Mamusia wielce mnie wkurwiła dziś. Pierwej pierdoląc, że nie mam żadnego hobby, że niczym się nie zajmuję. A potem - twierdząc, że mój blog to głupota. Możliwe, mamo, ale to MOJA głupota. I mogę to chyba uznać za hobby. Więc - przeczysz sama sobie. Oczywiście, najlepiej by było, gdybym nie wychodził prawie z książek, był grzeczniutki i w ramach hobby grał na skrzypczykach. NIE. To jest moje hobby, nikt mi nie będzie mówił co mam robić, a czego nie. Za późno. Ale i tak Cię kocham.


Chyba czas kończyć tą notkę. Ale na zakończenie dowcip (dzięki Artur):







MAM 3 CÓRKI
Jola (9)
Asia (8)
Ania (6)



Ania dostała 6, bo nie połyka.





Ba dum tsss.


PS. Zespolik na dziś to Turbo. Zwłaszcza płytka 'Awatar'.


Do zobaczenia.


niedziela, 11 września 2011

UWAGA CYCKI W ŚRODKU

Dzień dobry.

A nawet bardzo dobry. Ale od początku. Czyli od ostatniej notki.

Pierwsze godziny po opublikowaniu notki - marnowanie życia na LoL'u. Potem wyjście na stopa, szybkie złapanie sędziów piłkarskich (sic!) i jazda do Siedlec.

A właśnie. Nie mówiłem jeszcze. Nie pisałem.

Tak więc - jestem już (chyba) stopoholikiem.
Uwielbiam jeździć na stopa. Nigdy nie wiesz kto się zatrzyma. Nigdy nie wiesz czym będziesz jechał.
No i to spełnia moją chęć zbliżania się z ludźmi. Może nie tyle spełnia. Może raczej jest namiastką spełnienia.
Lubię poznawać ludzi. To dziwne, nigdy nie lubiłem. To chyba po KIK'u.
Lubię gadać z nieznajomymi.
Lubię doświadczać bezinteresowności.
Takoż lubię dyskutować z kierowcami którzy mnie akurat wzięli. Są bardzo różni. Zdarzało mi się spotykać na stopa ludzi - buców, a także kompletnie otwartych gości. Zdarzyło mi się jechać z 40 - letnim ratownikiem medycznym - anarchistą, a także katolem - radykałem. Bardzo radykalnym radykałem. Zdarza mi się spotykać ludzi wszechstronnie wykształconych, a także zwykłych prostych rolników.
Ale praktycznie zawsze jest miło. Nieomal zawsze jest bardzo przyjemnie i życzliwie.

No i nie wydaję hajsu na autobus. :)

Wracając do owych sędziów - śmiesznie wyglądali. Widać było, że kumple z pracy. I tylko praca ich chyba łączyła. No i wiek - mniej więcej. Jeden - kierowca - wygłaskany, ładniutki chłopaczek, w dobrej furze, z dobrym zegarkiem, sympatyczny. Drugi - jego przeciwieństwo - pryszczaty idiota w starym, błyszczącym dresie, z żenującym poziomem żartów. Śmiesznie wyglądali razem.

Tak więc dojechałem szybko i bezpiecznie do Siedlec. Pognałem do Moniki. Tak, zgadliście. Zamulałem podczas gdy Ona się uczyła. Cóż, taki los chłopaka biolchema. Widziały gały co brały, c'nie?
No i nie przeszkadzało mi to, kompletnie. Ważne żeby być przy Niej. Żeby dotykać ją, czuć ją przy sobie. Nawet jeżeli jej uwaga była skupiona na biologii. Ważne jest to, by była blisko.

Następnie mój podwójny fail, naprawiony za 3 razem. Ale za to jak naprawiony. :3

A potem wspólna kąpiel, z winem, winogronami i miljardem piany. Przyjemna bardzo rzecz, zwłaszcza jeżeli jest robiona nie przez ciebie. I jak jest dla ciebie zaskoczeniem. Cholernie, ale to cholernie, miłym zaskoczeniem. Dzięki, Kochanie :*

A potem zonk - odpadłem przed Moniką. Zasnąłem przed 1. WTF JAKUB SRSLY?! Czyżbym był już tak uzależniony od kawy, że bez 2 dziennie nie mogę wytrzymać do 1? WUT.

No właśnie, spałem u Moniki. Fajna odmiana. Uwielbiam zostawać w Siedlcach na noc. Kocham wręcz. Cudowna sprawa.

A potem był poranek. Już bez zonka - wstałem przed Nią. Obudziła się chwilę po mnie, poprosiła o herbatę. Gdy z ową herbatą przyszedłem - spała. Zacząłem się srogo śmiać pod nosem, jakoś mnie to nie zdziwiło.

A spała tak słodko, że nie miałem najmniejszego zamiaru jej budzić.

Co może zrobić nastoletni samiec, gdy jego partnerka kima?








TAK JEST SKURWYSYNY, ZGADLIŚCIE! POSZEDŁEM GRAĆ W LOL'A.

Po mniej - więcej 2 partiach Kochanie moje zostało obudzone przez matkę swoją, telefonem. Toteż ojebaliśmy śniadanko, a potem...

Tak, znowu zgadliście. Mońka (lol, nie wierzę że to napisałem) zaczęła studiować biologię, ja marnować życie w LoL'u. I tak to trwało, z drobnymi przerwami do godziny bodaj 20. Potem wydarzyła się bardzo sympatyczna i przyjemna, acz męcząca odmiana. Dostałem 1go Dezertera w LoL'u, ale don't give a fuck.

Ach, zapomniałbym o śmiesznym epizodzie, he he. Tak więc, wyszedłem z psem na dwór. Poranne godziny, spokój na drechowisku. Popierdalam po trawniku, aż tu nagle gość (tak z 50 lat) do mnie ciśnie. Żebym mu pomógł, bo 'tragedia się stała'. Gość stał z kwiatami. Poprosił o telefon. Dałem mu, po czym kazał mi wykręcić numer z wizytówki taxi. Jak się okazało, jechał do panny (stąd te kwiaty) i zostawił w taksówce telefon. Po 2-3 minutowej rozmowie podziękował mi solennie i wręczył dyszkę, w ramach zmarnowanego hajsu z konta. Spoko.

Wracając do tematu dnia dzisiejszego. Po umyciu włosów i zmarnowaniu kawałka życia w internecie poszliśmy na PKS. Prawie się spóźniłem (spóźniliśmy?) na autobus. Powróciłem takoż do domu i oto jestem.

Dzień udany w chuj. Notka chyba mniej, ale, don't fuckin' care.

PS: Zespolik na dziś to nadal Amon Amarth. I nadal Surtur Rising. Tylko kawałek to 'The last stand of Frej'. Polecam.

PS2: DALIŚCIE SIĘ NABRAĆ, TU NIE MA ŻADNYCH CYCKÓW, HEHE.


PS3: No dobra, obiecałem. Uwaga, cycki:

















































( . )( . )





Howgh.

sobota, 10 września 2011

Dzieńdobrycześćiczołem.

Pytacie skąd się wziąłem?

No dobra, to leciem z genezą bloga. Jest dość trywialna. I już o niej wspomniałem. Potrzeba działania. Potrzeba uzewnętrznienia swoich przemyśleń. Dodatkowo - chęć pewnego usystematyzowania pamięci. No i - chyba to polubiłem. To takie przyjemne, jak się wchodzi w statystyki i widzi się, że ludzie o 8 rano sprawdzają czy nie ma czegoś nowego. :3

I właśnie przed chwilą, przy szlugu, spojrzałem jakoś tak z dystansu na relacje ja - rodzice. Chciałbym im (chuj że tego nie przeczytają) podziękować.
Za wychowanie. Jakkolwiek czasem byli wkurwiający.
Dziękuję im za to, że jestem teraz tym kim jestem.
Dziękuję, że nauczyli mnie bronienia swojego zdania.
Dziękuję, że pokazali mi trudną sztukę patrzenia z dystansu na wszystko.
Dziękuję, że mnie zawsze bezwarunkowo kochali. Może to nie jest wyczyn, ale.
Dziękuję, że nawet jeśli mnie karali - robili to mądrze.
Dziękuję, że zawsze tolerowali moje zdanie.
Dziękuję, że poświęcali mi dużo uwagi.
Dziękuję, że nauczyli mnie samodzielnie myśleć, niezależnie od innych.
Dziękuję, że pokazali mi że nie warto iść z innymi za wszelką cenę. Że czasem po prostu trzeba inaczej.
Dziękuję, że pokazali mi wartości takie jak honor, lojalność, niezależność.
Dziękuję, że pomimo trudności, potrafię iść pod prąd.
Dziękuję, że zawsze byli gdy ich potrzebowałem, zawsze mogłem się udać do nich.
Dziękuję, że pokazali, że zawsze trzeba mieć wystarczające jaja, żeby się przyznać do błędu.
Dziękuję, że pokazali mi, że błądzić jest rzeczą całkowicie ludzką.




Tyle chyba w kwestii podziękowań starszym.

No więc back to reality.
Dzień wczorajszy - wyjazd do Mińska, kongres z panią Staniszkis.
Organizacja ssała i to srogo. Pani Jadzia błyszczała i to srogo. Wyglądało to na diament w gównie. Zainteresowały mnie pewne tezy z jej 'wykładu'.
Jak chociażby 'demokracja medialna'.

Czemu jest to nazywane demokracją? Przecież to jest antyteza demokracji. Przecież to władza autorytarna. Tylko z użyciem technik manipulacji, a nie siły, jak to ma miejsce w 'klasycznych' systemach autorytarnych. Dlaczego pozwoliliśmy sobie na to? Dlaczego ludzie nie mają zdolności do samodzielnego myślenia?

Jak można to zakończyć? Pewne nadzieje niesie internet. Ale obok nadziei niesie też problemy. Nowe zagrożenia. Ale to temat na osobną notkę, może w poniedziałek dokładniej zreferuje myśli które mi się nasunęły po kongresie. A jest ich multum. Jak chociażby pytanie 'co się stało, co odmieniło robotników? Co zmieniło ich z prostych ludzi, stojących razem, w stado szczurów podgryzających się wzajemnie?'.

Jest więc na co czekać.

Kurwa, to takie budujące, jak wchodzisz w statystyki i się okazuje że o 8 rano ktoś sprawdzał czy nie ma czegoś nowego. Dzięki :*

Wczoraj, dzięki uprzejmości pani Chryć (chyba się polubiliśmy ^^) wyskoczyłem sobie w Siedlcach, ergo ominął mnie stop. Spoko. Spotkanie z Moniką - wielka góra ciepła. Dziękuję kochanie, tego potrzebowałem.

Kocham. To cudowne.

Jestem kochany. Takoż cudowne.

Nawet nie wiem co cudowniejsze.

I chuj mnie to boli.


Szczęśliwym.


A dziś - wstałem - marnuję życie przed kompem. Spoko.

No i to chyba na tyle. Następna notka pewnie dopiero w poniedziałek. Chociaż, jak się Monika będzie uczyć, może znajdę trochę czasu.

PS: Zespół na dziś - Amon Amarth. Głównie płytka Surthur Rising. I ich cover 'Aerials' SOAD'u.

Link dla leniwych: Aerials
Howgh.

czwartek, 8 września 2011

Specjalnie dla Pornola.

Tak więc: czy to ja jestem normalny, czy oni?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Jeżeli przyjąć za normalność to co prezentuje większość, to jestem nienormalny. Ale zważając, że w dzisiejszych czasach wszystko stoi na głowie, to jestem chyba normalny.

Czy normalne jest brnięcie do celu z pominięciem jakichkolwiek skrupułów?

I znowu, patrz wyżej. Niby nic specjalnego, mnóstwo osób tak robi. Ale to nie jest normalne.

Czy ludzie dzisiaj są niezdolni (oczywiście wyłączając wyjątki) do 'wyższych' uczuć, jak przyjaźń, lojalność?

Z pewnością są zdolni. Tylko pytanie, dlaczego tak nie postępują? Nie pytajcie, nie wiem.

Czy normalny jest brak chociaż krzty honoru?

Normalny nie, natomiast z pewnością wygodny. Ja tak nie potrafię, może jestem dziwny. Cóż zrobić, takie życie, panocku. Acz ludzi bez honoru nie darzę nawet krztą szacunku. Plwam i gardzę.

Czy normalne jest podejście 'obym się nażarł, a reszta to chuj'?

Nie, znowu nie. I znowu - wygoda miast zasad. I znowu plwam na takich ludzi. Ja rozumiem, egoizm, hedonizm, te sprawy, ale kurwa, może trochę umiaru?

Dlaczego dziś lacha z jakiegokolwiek przedmiotu jest tragedią i traumą dla sporej części młodzi szkolnej?

Bo żyjemy w czasach wyścigu szczurów. Gdzie NIE MA dzieciństwa, nie ma dojrzewania w normalnym wymiarze. Wszystko to jest podporządkowane karierze. Kompletnie wszystko.

Dlaczego ludzie dziś się szmacą za marne przywileje?

Bo to wygodne i łatwiejsze niż zarobienie ciężką pracą na przywileje.

Dlaczego sprzedają innych i wbijają nóż w plecy?

Bo są robactwem, które nie potrafi znieść myśli (o ile myślą), że ktoś jest lepszy, że komuś się udało, że ktoś ma lepiej. Cytując Sokoła z WWO - Zawiść, zazdrość, zamiast starać się mieć więcej.

Dlaczego nasi rodzice potrafili zrobić, stworzyć coś razem?

Bo mieli cel. Bo mieli z kim walczyć i o co walczyć. Bo mieli bardziej rozbudowany kręgosłup moralny. Bo mieli Zaszczepione pewne wartości. Być może z powodu większej 'tradycyjności' wychowania.

Brakuje mi poczucia wspólnoty. Jakiegoś konkretnego celu, do którego dążę. Nie, w sumie nie, nie tyle celu, co walki. Walki z czymś i walki o coś. Nasi rodzice mieli walkę z komunizmem. Nasi dziadkowie z nazizmem. Pra(pra)dziadkowie - o wielką Polskę. A My? Może to jest powód upadku głębokich kontaktów międzyludzkich? Może to jest powód braku więzi społecznych?
Zostawiam do rozmyślania.

No właśnie. Jeżeli macie jakieś uwagi, propozycje, pytania - jakikolwiek feedback - walcie komcie, piszcie na gadu, cokolwiek.


Howgh.

Wzloty i upadki.

I oto dzień trzeci.

Poranek - jak zwykle. Kawa, śniadanie, poranne kupsko (wiem że nie chcieliście tego wiedzieć, chuj mnie to obchodzi ^^), wyjście.
Zapierdalanie do szkoły. W nastroju dość mocno podłym i podupadłym. Powód - matura. Nie, nie moja. Moja mnie nie rusza. Moniki. Mniejsza o szczegóły. Mój humor to było połączenie wkurwienia, zawiedzenia się, rozpaczy (czarnej) i czego tam jeszcze.
Wybitnie mi poprawiła aura humor - piździ jak w Kieleckiem, chmury nisko, ciśnienie też jakieś pojebane - generalnie chujnia.
Wejście do szkoły - znowu te same mordy. Lubię Was, naprawdę mocno Was lubię. Jesteście zajebistą klasą.
To tyle tytułem wazelinki.

Dzień w szkole normalny. Leciutko, 5 lekcji. Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie szanowna pani Chryć. Zwłaszcza tekstami 'że fajnie by było żebyście jakieś programy informacyjne oglądali. Tylko nie tvn24, chyba że w formie porównania, he he'.

Powrót śmieszny. Wracałem z Martynką (tak, znowu o tobie piszę, i co mi niby zrobisz? :D), wstąpiłem do matki, do sklepu. Pogadaliśmy chwilę i git. Wracamy, wracamy, a tu jak nie jebnie deszczem na PKS. Wjebaliśmy się do Bolka pod schody. Miny ludzi - priceless. Zakurwiłem sobie szluga, idziemy. Jeb, znowu mocniej pada. Zmokliśmy że chuj.
Kiedy przestało padać?

Zgadza się bystrzaki, jak już dochodziłem do swojej klatki!

Wbiłem do domu, siadłem, ojebałem obiadek (zajebisty swoją drogą). A tu pizdut! Co się okazuje? Tak, trzeba gdzieś zapierdalać i nie może zapierdalać nikt poza mną. Zapierdalać na pocztę mianowicie. Się kurwa nasiedziałem.

Potem finał sprzeczki z Moniką, obopólne przeprosiny. I jest dobrze. Całe szczęście.
Ona jest moim najsłabszym punktem, bez wątpienia. I dobrze. A zarazem źle, z racji zespołu DDA. No nic, nobody is perfect, kocham Ją tym bardziej. Należy jej się.

Boję się. Nie ciągle, mam napady paniki. Tak, właśnie na tym punkcie. Wiem (chociaż pewności mieć nie mogę) że to irracjonalne, ale i tak raz na jakiś czas kumulacja obaw mnie obala. Ale trzeba to zaakceptować, bo zmienić tego nie idzie.

Reszta dnia - znów zmarnowana. Zmarnowane godziny, minuty, sekundy. Wszystko. Na nędznej wirtualnej rozrywce. Nic konstruktywnego. Znów.

Pustka. Czuję pustkę na polu działania. Już wspominałem, ale brak mi czegoś do roboty. Nie wiem, hobby jakiegoś. Cokolwiek.

Znów dziś napierdalałem w LoL'a jak szalony. Tym razem z Radomyskim. Bywa. Przynajmniej fajnie było.

I to chyba koniec notki. Chaos, słaba, mała. W sumie wymuszona.
Ale jest i plus - mam pierwszych stałych czytelników :)

PS. Zespół na dziś to Arch Enemy. Szczególnie płytki 'Burning Bridges' i 'Rise of the Tyrants'.

PS2. Być może notka To be continued... Może.

środa, 7 września 2011

Hello again.

No więc prowadzę bloga 2 dzień. Jest nieźle jak na mnie, nie powiem. Chociaż, zobaczymy za tydzień, się okaże.

Dzień kolejny właśnie mija. Znów poczucie zmarnowanej doby na jakieś pierdoły. Chyba się trzeba przyzwyczaić, nie codziennie jest weekend. Nie żebym w weekend robił jakieś strasznie pożyteczne rzeczy, ale jednak. W weekend nie mam poczucia marnowania czasu. W Siedlcach się marnuje czas bardzo przyjemnie. Z Moniką marnowanie czasu nie jest marnowaniem czasu.

No właśnie.

Tryb 'oby do piątku' włączył mi się w pełni, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ja rozumiem, 32 km to nie jest dużo, i naprawdę to doceniam. Wcześniej było 130 km, więc naprawdę jestem w stanie docenić że to TYLKO 32 km. Ale to i tak niewielka pociecha.
Tryb szkolny (sen, przebieg dnia, uodpornienie się na pierdolenie pani Elżbiety S., takoż panny Madzi) powoli się włącza. Też z całym inwentarzem. Kawa, szlug, gnanie do szkoły, seria żartów i żarcików, seria wkurwów, koniec szkoły, marnowanie czasu na komputerze (jakim cudem siedzę tu już 3 h, skoro minęła góra godzina?!), sen. Zapętl.

Dzisiaj jednak miła odmiana. Zamiast bezsensownie marnować czas na blaszaku urządziłem sobie przyjemną rozmowę z Martynką. Która trwała bagatela 1.5 h. Spektrum całe tematów się przewinęło. M.in. o szczurach. Czy raczej ludziach - szczurach*.

*jak ktoś nie lubi mojego filozofowania, to polecam przewinąć do kolejnego akapitu.

Tak więc: czy to ja jestem normalny, czy oni?
Czy normalne jest brnięcie do celu z pominięciem jakichkolwiek skrupułów?
Czy ludzie dzisiaj są niezdolni (oczywiście wyłączając wyjątki) do 'wyższych' uczuć, jak przyjaźń, lojalność?
Czy normalny jest brak chociaż krzty honoru?
Czy normalne jest podejście 'obym się nażarł, a reszta to chuj'?
Dlaczego dziś lacha z jakiegokolwiek przedmiotu jest tragedią i traumą dla sporej części młodzi szkolnej?
Dlaczego ludzie dziś się szmacą za marne przywileje?
Dlaczego sprzedają innych i wbijają nóż w plecy?
Dlaczego nasi rodzice potrafili zrobić, stworzyć coś razem?
Brakuje mi poczucia wspólnoty. Jakiegoś konkretnego celu, do którego dążę. Nie, w sumie nie, nie tyle celu, co walki. Walki z czymś i walki o coś. Nasi rodzice mieli walkę z komunizmem. Nasi dziadkowie z nazizmem. Pra(pra)dziadkowie - o wielką Polskę. A My? Może to jest powód upadku głębokich kontaktów międzyludzkich? Może to jest powód braku więzi społecznych?
Zostawiam do rozmyślania.

Pizdut, back to reality.

Brak planu ma swoje wady, chyba trzeba go spisać i z niego korzystać. Niezbyt chce mi się znów przyjść godzinę za wcześnie. A i noszenie plecaka z randomowymi książkami jest średnio przyjemne.

Pierwsze kółko z angola. I wreszcie poczucie że robię coś konstruktywnego. Woohoo.

W piątek wyjazd do Mińska M. Sponsorowany przez szkołę. Aby znaleźć się na spotkaniu z panią Staniszkis. Milutko. Ciekawym jak rozwiążę kwestię kurwienia szlugów tam.

Właśnie przeczytałem moje wypociny. Ależ chaos, by Was chuj. Czy może raczej: by Mnie chuj.

Kolejny temat - przyszłość.
Czy ja serio się nadaję na prawo?
Jestem nieco tym przerażony. I przytłoczony. Bądź co bądź, chyba najważniejsza decyzja w życiu zawodowym. A co jak się nie sprawdzę? A co jak się nie dostanę? A co jak zajebię matury?
Wiem że dam radę, a jednocześnie boje się że jednak nie dam.
WTF JAKUB SRSLY?

PS. Zespół na dziś to Sabaton. Polecam.

EDIT: Jak ktoś ma jakieś sugestie, coś, to klepać komcie.

wtorek, 6 września 2011

No to leciem.

Wypadało by się przedstawić, droga publiczności.

Jakub K., lat 18.
3 klasa LO.
Zafascynowany militariami, II Wojną Światową.
Długie włosy, dużo metalu na last.fm.
Takoż dużo szlugów na koncie.
Agnostyk/ateista.
Dość nietypowy jak na te czasy, całkiem typowy przy epokach przeszłych, wydaje mi się.
Tak jakby troszkę cynik. Pewny siebie cynik, przejebana mieszanka.
Trochę życiowy troll.
Wierny Padawan szkoły dowcipu Karola S.
Zapierdalający przez życie z cudowną niewiastą, już od półtora roku nieomal.
Czasem egoistyczny typ, czasem altruistyczny.
Czasem niemożebnie się wkurwiający na wszystko i wszystkich, czasem cierpliwy że by to chuj.
Gnający wręcz za jakąś taką międzyludzką otwartością, życzliwością, chociaż pewnie tego nie widać.

W gruncie rzeczy całkiem (nie)zwykły 18-latek.

To by było na tyle jeżeli chodzi o wstęp.
A dzisiejszy dzień? No cóż.
Pobudka o godzinie 6:30. A potem kolejna, o 7:15. Następnie rytuał codzienny:
- czarny szatan w kubku,
- rozczesanie kudłów,
- ojebanie kanapki,
- ogarnięcie ciuchów i łóżka,
- spakowanie się (czytaj: wpierdolenie randomowych zeszytów do plecaka),
- poranny szlug.
Potem lekka odmiana od zwyczajnego zapierdalania z buta - podrzucił mnie starszy. Przy czym, wychodząc do samochodu, zapomniał kluczyków. A potem się okazało że telefonu też. Także - 2 dodatkowe rundki po schodach mnie spotkały.
Szkoła. Jakoś poszła. Jak zwykle. Czyli dość wesoło i niezbyt konstruktywnie.
Powrót do domu - odpalenie League of Legends, ogarnięcie gry. Gierca jest bardzo ok, przypomniała mi krótkie, acz intensywne, romansy z DotĄ.

A potem stwierdziłem że wreszcie zrobię sobie kolczyk. No i matka mi przekłuła. Z tym że szanowna moja Rodzicielka, mimo że przekłuła w życiu już jakieś setki uszu, nigdy nie przekłuwała chrząstki. Więc stres. I dla niej i dla mnie. No, ale poszło.
Teraz męczę 'Cacy Cacy Fleischmaschine' Świetlików. Kawał dobrej alternatywy.

A teraz założyłem bloga. Zabawny dzień, czyż nie?

PS. Ciekawe na ile mi starczy samozaparcia do prowadzenia bloga. Tydzień? Dwa? :)