W sumie zupełnie nieważne co u mnie. Absolutnie nieistotne jak bardzo wszystko się zmieniło. Jak zmieniłem się ja, jak zmienili się inni. Bo co z tego jak było niby wynika, prócz świadomości że wszystko się zmienia? To tylko działanie, istotny jest wynik.
A wynik brzmi - nic stałego na tym świecie, moi drodzy. Nic. Rzeczy, które kiedyś zdawały się być skałami dziś są tylko piaskiem. Co widzicie w tym kawałku internetów, naturalnie. 18 postów to cały chuj, pełna zgoda. Brak porównania, ogromne przerwy w nadawaniu, zgoda. Ale przecież piszę to głównie dla siebie. A przecież wiem jak było. Jak się czułem. Jak wielka była moja pewność wobec ówczesnych pewników.
I co?
I gówno. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Rozdziobią nas kruki, wrony... Cała reszta pesymistycznego pierdolenia. Chociaż nie, czekaj. Realistycznego, chciałem napisać. To co, mały eksperyment myślowy? Wróćcie sobie do roku, powiedzmy, 2012. Weźcie sobie swojego blogaska, pamiętniczek, dzienniczek, wspomnienia, cokolwiek. Przypomnijcie sobie rzeczy, które wydawały się wam stałe. Nieprzemijające, opcje na które postawilibyście cały swój majątek.
Jak wielu z was właśnie przekurwiło wszystko co ma? To teraz powtarzamy sobie wszyscy, chórem.
NAJWAŻNIEJSZY JESTEM JA
Ileż zdrowszy byłby świat ze zdrowymi zasobami egoizmu i maksymalną szczerością? Wyobraźcie sobie tylko, piękna utopia. Żadnych podchodów, żadnych sztucznych umizgów. Nie lubisz kogoś? Mówisz mu to w twarz. Nie chcesz czegoś robić? Nie robisz. O ile zdrowiej. Dla mnie. Dla Ciebie. Dla wszystkich.
Z rzeczy bardziej konkretnych - trochę się duszę i miotam. Chciałoby się żyć pełniej. Mocniej. Bardziej intensywnie. Mieć cel, dążyć do niego. Nie, posiadanie mieszkania i zarobków to nie jest cel, to asekuranctwo. Cholernie brakuje mi jakiejś ulotnej idei, czegoś za czym można byłoby iść. A czasem nawet ginąć. Kolejny raz przeczytałem Płomienie Brzozowskiego, kolejny raz jakaś forma ulotnej tęsknoty zajebała mi cios prosto w serduszko. I jeżeli marksiści potrafią tak trafić we mnie - tym gorzej dla prawej strony. Za którą przecież trzymam kciuki, cholernie zresztą mocno.
I ludzi mi brak. W sensie rozmów, takich poważnych, mocnych. Takich przy których nie wiedzieć kiedy schodzi paczka szlugów, butelka wina i nagle świta. Bywają (dzięki, A.), za rzadko niestety. Dziękuję ci, panie internecie za spierdolenie ludzi. Za to, że nie potrafią już (z chlubnymi wyjątkami) rozmawiać. Jedyne co im (a i mi też, przyznaję się) pozostaje to gadanie. Takie kurwa puste, powierzchowne. A ja się chcę zetknąć duszami, poczuć więź, szczerość, bliskość.
Głębię.
Ciekawe na ile wystarczy mi teraz samozaparcia żeby ten kawałek internetowego poletka prowadzić. Jeśli zbyt chaotycznie, zbyt chujowo, zbyt marnie naskrobane te kilkaset/tysięcy znaków - państwo raczą wybaczyć, trochę wypadłem z rytmu.