czwartek, 8 grudnia 2011

Witajcie.

Ze 3 miesiące będą od ostatniego pisania. Sporo czasu. A zdaje się jakby jednak niewiele.

Przez 3 miesiące można zwiedzić dość dogłębnie spory kawał Polszy. Przez 3 miesiące można zbankrutować, można zdobyć bogactwo. Przez 3 miesiące można poznać kogoś i z nim wziąć ślub. Można zapaść na jakąś poważną chorobę, można umrzeć. Przez 3 miesiące można dokonać wielkich odkryć, czynów, lub też stać się okrutnikiem. Przez 3 miesiące można zrobić wiele poważnych, wielkich, złych lub dobrych rzeczy.

A ja?

Co właściwie zrobiłem w te 3 miesiące? I dlaczego nic? Dlaczego nikt z Was, droga publiczności, nic takiego nie zrobił? Brak zdecydowania? Motywacji? Wolności?

No właśnie.

To mnie boli, niszczy. Dostaję pierdolca od rutyny. Właściwie jedynym wytchnieniem są weekendy. Niby też zazwyczaj wyglądają tak samo, ale to co innego. Czyż nie, Adamie?




Właśnie wróciłem od dziadków. I czuję się mocno niepewny i zmieszany.
1. Okazali się być bardziej wyrozumiali niż myślałem.
2. Dziadek zaczyna mi okazywać mocno ciepłe uczucia. (o tym, dlaczego tak bardzo mnie to miesza, mogliście już chyba przeczytać)
3. Powoli zdycha pies moich dziadków, który jest od kiedy pamiętam. A ja się boję śmierci Najbliższych.

Tak więc, emocjonalnie czuję się dość dziwnie. A szprycowanie się Świetlikami nie pomaga. A z drugiej strony - chyba wcale nie mam ochoty na beztroskę dziś, jakoś tak. Nawet zastanawiałem się nad pójściem na cmentarz, ale jest za zimno (chociaż to można by przeżyć) i nie mam muzyki.

Swoją drogą - nie wiem jak ja funkcjonuje bez muzyki. IRiver się zjebał, słuchawki się zjebały, ja cierpię na chroniczny niedobór pieniążków. Chujnia w kwestiach muzycznych generalnie.

Kurwa.

Właśnie doszło do mnie, jak bardzo ta notka będzie bez sensu.

Po chuj ja to piszę? Dla Was? Dla siebie? Bo inni napisali? Bo czuję taką potrzebę? Może z nudów?



A jutro już piątek. Całe szczęście, zaczynam wpadać powoli w marazm. Piątek bardzo ładnie się z tym upora.

Co ja bym robił bez piątków? Bez sobót? Bez niedziel? Bez mojego jedynego, prawdziwego (a może właśnie jedynego nieprawdziwego?) życia? Bez Moniki?

Nie wiem.

Nie chcę wiedzieć.




To teraz bardziej przyziemna część.
Matury. Co za pierdolony zjeb wymyślił klucz? Czy kurwa nauczyciele to jebane bezmózgi? Proszę. Skoro skończyli studia, uczą ludzi lat ileś, to chyba jakiś tam mózg jednak mają. Chociaż, patrząc na panią S to śmiem wątpić. Jak można sprawdzać tak chujowo matury? Skoro ja, w jakieś 36 sekund potrafię znaleźć w wypracowaniu jebane niezaznaczone punkty?

Eh, idź pan w piździeć z takim sprawdzaniem.

PS. Zespół na dziś to zdecydowanie Świetliki. To, lub to. Albo to.



Howgh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz